Minął miesiąc od naszej przeprowadzki, a połowa moich rzeczy
wciąż leżała w pudłach, mimo to nie miałam siły wziąć się za rozpakowywanie.
Całe dnie spędzałam leniuchując. Jak co roku, miałam wrażenie ze marnuję
wakacje, a czas przecieka mi miedzy palcami.
Postanowiłam, ze chociaż w te
ostatnie dni wakacji coś zrobię. Nie było to wielkie „coś”. Chciałam przejść
się do pobliskiego parku. Odkąd tu przyjechałam, z domu wyszłam tylko kilka
razy i w celu wyrzucenia śmieci czy zrobienia drobnych zakupów. Tutejsza
okolica nie przyciągała mnie. Za oknem najczęściej widziałam rozwrzeszczane
dzieci czy narzekające staruszki.
Jeśli chodzi o znajomych- nie miałam ich. Tu jeszcze nikogo
nie poznałam, a poprzedni dość szybko o mnie zapomnieli, co jakiś czas
przysyłając sms o treści „co tam?”
Weszłam do parku i usiadłam na wolnej ławce w cieniu. Łokcie
położyłam na oparciu, a nogi wyciągnęłam do przodu. Rozkoszowałam się wolną
chwilą.
Na ławce obok siedziała para, na oko w moim wieku. Blondyn i
kręcono włosa brunetka, czule się obściskiwali. Patrzyłam na nich pełnym obrzydzenia
wzrokiem, gdy ich języki połączyły się wykonując dziwne manewry. Odwróciłam
głowę. Przerażała mnie myśl, że kiedyś tez będę się tak zachowywać. Aczkolwiek
nie groziło mi to w najbliższym czasie...
Nie miałam powodzenia u chłopaków. Może nie tyle co nie
miałam powodzenia, ale po prostu się ich bałam. Bałam się tego jak mocno mogą
mnie zranić. W każdej sytuacji w której mogło do czegoś dojść, ja rezygnowałam.
Gdy dochodziło do pocałunku, natychmiast się wycofywałam przypominając sobie o
powrocie do domu, gdy chłopak łapał mnie za rękę, wyrywałam się, tłumacząc to
sprawdzeniem godziny. Gdy prosił o spotkanie, wykręcałam się dużą ilością
nauki.
I patrzyłam. Patrzyłam jak znajduje inny obiekt westchnień,
jak coraz więcej moich znajomych angażuje się w związki. Patrzyłam na
otaczające mnie z każdej strony pary.
Mimo mojego młodego wieku, bałam się, że pewnego dnia obudzę
się jako zgorzkniała staruszka z masą kotów, w małym mieszkanku na poddaszu.
Bałam się samotności.
Jak na razie za bardzo się tym nie przejmowałam.
Przynajmniej z zewnątrz.
Gdzieś w środku jakaś głęboko schowana cząsteczka mnie
pragnęła miłości…
***
1 września. Nowy rok, nowa szkoła, nowi ludzie. Trudno
powiedzieć czy się stresuję. Chyba zdążyłam przywyknąć, w swoim życiu szkołę
zmieniałam 4 razy. To już nic nowego. Nie odczuwałam żadnej ekscytacji,
chciałam ten ostatni rok mojej edukacji zakończyć jak najszybciej i jak
najlepiej.
„- To jest Lily- nowa uczennica."- zapewne tak
przywitam piątą, nową szkołę.
Wstałam wcześnie, za oknem dopiero zaczynał się dzień,
promienie słońca raziły moje oczy. Po porannej toalecie i włożeniu
przygotowanych ubrań, wrzuciłam kilka potrzebnych mi książek i zeszłam do
kuchni.
Mama dopijała poranna kawę czytając najświeższą gazetę.
Podobno to po niej odziedziczyłam urodę. Blond włosy, te same niebieskie oczy.
Wiele ludzi mówiło nam, że jesteśmy jak dwie krople wody. Po ojcu
odziedziczyłam raczej te gorsze cechy- nieśmiałość, nerwy i lenistwo.
No tak lenistwo… Pomyślałam o stercie pudeł w moim pokoju, w
końcu będzie trzeba je rozpakować.
Do nowej szkoły miałam kilka przystanków autobusem, lecz
moja mama uparła się by być dziś idealna matką i podwieźć mnie pod samo
wejście.
-Pospiesz się, bo się spóźnisz.- mama dopiła kawę i
odstawiła filiżankę.- A przecież musisz zrobić dobre wrażenie.
-Koniecznie...
Dla mojej mamy pierwsze wrażenie jest kluczem do sukcesu.
Podstawowa zasada by osiągnąć karierę...
Po drodze mijałyśmy parki i osiedlowe sklepy, dopiero
otwierane. Ludzie pędzili we wszystkie strony rozpoczynając kolejny dzień.
-To o której dziś kończysz?- usłyszałam pytanie.
-Według planu o 14.20, ostatnia matma. Przyjedziesz po mnie?
-Wątpię, muszę dziś dłużej zostać w pracy... Miłego dnia, do
zobaczenia kochanie!
Wysiadłam przed jasnym budynkiem. Był ogromny, miał 3
piętra. Po prawej stronie było boisko do koszykówki i trybuny, a po lewej mały
park z kilkoma ławkami. Z każdej strony było widać nadchodzących uczniów.
Weszłam głównym wejściem. Ściany wewnątrz także miały jasny
kolor. Po obu stronach korytarza były ustawione ciemne, metalowe szafki. Na
tablicach były powieszone prace uczniów. Szukając planu, na kogoś wpadłam.
-Oj, przepraszam bardzo.- spojrzałam na niska kobietę w
średnim wieku. Na sobie miała bordowy komplet, a na nosie prostokątne okulary.
-Nie szkodzi, Lily Smith rozumiem?
-Tak, wie pani może...
-Ale chciałam zapytać...
-O nic nie pytaj, Gabrielle Brown.- kobieta podała mi rękę.-
Jestem Twoja wychowawczynią.- powiedziała wchodząc do sali nr 217.
W klasie momentalnie zaległa cisza. Gdzieniegdzie było
słychać pomruki dokańczanych rozmów.
-Proszę o ciszę moi drodzy, witam was serdecznie.
Zobaczyłam przed sobą dwadzieścia kilka zupełnie nieznanych
mi osób.
-To jest Lily- nowa uczennica.