piątek, 19 września 2014

Rozdział 1



Minął miesiąc od naszej przeprowadzki, a połowa moich rzeczy wciąż leżała w pudłach, mimo to nie miałam siły wziąć się za rozpakowywanie. Całe dnie spędzałam leniuchując. Jak co roku, miałam wrażenie ze marnuję wakacje, a czas przecieka mi miedzy palcami. 
Postanowiłam, ze chociaż w te ostatnie dni wakacji coś zrobię. Nie było to wielkie „coś”. Chciałam przejść się do pobliskiego parku. Odkąd tu przyjechałam, z domu wyszłam tylko kilka razy i w celu wyrzucenia śmieci czy zrobienia drobnych zakupów. Tutejsza okolica nie przyciągała mnie. Za oknem najczęściej widziałam rozwrzeszczane dzieci czy narzekające staruszki. 
Jeśli chodzi o znajomych- nie miałam ich. Tu jeszcze nikogo nie poznałam, a poprzedni dość szybko o mnie zapomnieli, co jakiś czas przysyłając sms o treści „co tam?”

Weszłam do parku i usiadłam na wolnej ławce w cieniu. Łokcie położyłam na oparciu, a nogi wyciągnęłam do przodu. Rozkoszowałam się wolną chwilą.
Na ławce obok siedziała para, na oko w moim wieku. Blondyn i kręcono włosa brunetka, czule się obściskiwali. Patrzyłam na nich pełnym obrzydzenia wzrokiem, gdy ich języki połączyły się wykonując dziwne manewry. Odwróciłam głowę. Przerażała mnie myśl, że kiedyś tez będę się tak zachowywać. Aczkolwiek nie groziło mi to w najbliższym czasie... 
Nie miałam powodzenia u chłopaków. Może nie tyle co nie miałam powodzenia, ale po prostu się ich bałam. Bałam się tego jak mocno mogą mnie zranić. W każdej sytuacji w której mogło do czegoś dojść, ja rezygnowałam. Gdy dochodziło do pocałunku, natychmiast się wycofywałam przypominając sobie o powrocie do domu, gdy chłopak łapał mnie za rękę, wyrywałam się, tłumacząc to sprawdzeniem godziny. Gdy prosił o spotkanie, wykręcałam się dużą ilością nauki.
I patrzyłam. Patrzyłam jak znajduje inny obiekt westchnień, jak coraz więcej moich znajomych angażuje się w związki. Patrzyłam na otaczające mnie z każdej strony pary.

Mimo mojego młodego wieku, bałam się, że pewnego dnia obudzę się jako zgorzkniała staruszka z masą kotów, w małym mieszkanku na poddaszu. Bałam się samotności.
Jak na razie za bardzo się tym nie przejmowałam. Przynajmniej z zewnątrz.
Gdzieś w środku jakaś głęboko schowana cząsteczka mnie pragnęła miłości…

***

1 września. Nowy rok, nowa szkoła, nowi ludzie. Trudno powiedzieć czy się stresuję. Chyba zdążyłam przywyknąć, w swoim życiu szkołę zmieniałam 4 razy. To już nic nowego. Nie odczuwałam żadnej ekscytacji, chciałam ten ostatni rok mojej edukacji zakończyć jak najszybciej i jak najlepiej.
„- To jest Lily- nowa uczennica."- zapewne tak przywitam piątą, nową szkołę.
Wstałam wcześnie, za oknem dopiero zaczynał się dzień, promienie słońca raziły moje oczy. Po porannej toalecie i włożeniu przygotowanych ubrań, wrzuciłam kilka potrzebnych mi książek i zeszłam do kuchni.
Mama dopijała poranna kawę czytając najświeższą gazetę. Podobno to po niej odziedziczyłam urodę. Blond włosy, te same niebieskie oczy. Wiele ludzi mówiło nam, że jesteśmy jak dwie krople wody. Po ojcu odziedziczyłam raczej te gorsze cechy- nieśmiałość, nerwy i lenistwo.
No tak lenistwo… Pomyślałam o stercie pudeł w moim pokoju, w końcu będzie trzeba je rozpakować.
Do nowej szkoły miałam kilka przystanków autobusem, lecz moja mama uparła się by być dziś idealna matką i podwieźć mnie pod samo wejście.
-Pospiesz się, bo się spóźnisz.- mama dopiła kawę i odstawiła filiżankę.- A przecież musisz zrobić dobre wrażenie.
-Koniecznie...
Dla mojej mamy pierwsze wrażenie jest kluczem do sukcesu. Podstawowa zasada by osiągnąć karierę...

Po drodze mijałyśmy parki i osiedlowe sklepy, dopiero otwierane. Ludzie pędzili we wszystkie strony rozpoczynając kolejny dzień.
-To o której dziś kończysz?- usłyszałam pytanie.
-Według planu o 14.20, ostatnia matma. Przyjedziesz po mnie?
-Wątpię, muszę dziś dłużej zostać w pracy... Miłego dnia, do zobaczenia kochanie!
Wysiadłam przed jasnym budynkiem. Był ogromny, miał 3 piętra. Po prawej stronie było boisko do koszykówki i trybuny, a po lewej mały park z kilkoma ławkami. Z każdej strony było widać nadchodzących uczniów.
Weszłam głównym wejściem. Ściany wewnątrz także miały jasny kolor. Po obu stronach korytarza były ustawione ciemne, metalowe szafki. Na tablicach były powieszone prace uczniów. Szukając planu, na kogoś wpadłam.
-Oj, przepraszam bardzo.- spojrzałam na niska kobietę w średnim wieku. Na sobie miała bordowy komplet, a na nosie prostokątne okulary.
-Nie szkodzi, Lily Smith rozumiem?
-Tak, wie pani może...
-Moja droga, wiem wszystko o tej szkole. Zapraszam za mną.
-Ale chciałam zapytać...
-O nic nie pytaj, Gabrielle Brown.- kobieta podała mi rękę.- Jestem Twoja wychowawczynią.- powiedziała wchodząc do sali nr 217.
W klasie momentalnie zaległa cisza. Gdzieniegdzie było słychać pomruki dokańczanych rozmów.
-Proszę o ciszę moi drodzy, witam was serdecznie.
Zobaczyłam przed sobą dwadzieścia kilka zupełnie nieznanych mi osób.
-To jest Lily- nowa uczennica.

sobota, 13 września 2014

Prolog



Nie jestem nadzwyczajna. Mogę śmiało powiedzieć ze jestem przeciętna. Jak każda dziewczyna w moim wieku. Bo jak można być innym od reszty w dzisiejszym świecie? Kiedy każdy mówi ze jest oryginalny, a tak naprawdę boi się taki być? W świecie gdzie modne są jedne ubrania, jeden zespół, jeden charakter. Ludzie boją się być innymi od reszty, boją się za bardzo wychylić. Z przykrością stwierdzam, ze jestem taka sama jak reszta. Zwyczajna. 

Może zacznę od początku. Nazywam się Lilly. Lilly Betty Smith. Mam 18 lat. Od miesiąca mieszkam w jednorodzinnym domu na jednej z londyńskich dzielnic. Mieszkam z mamą, mój ojciec od 3 lat pracuje za granicą.
Kiedyś byliśmy normalna rodziną. Rodzice prowadzili firmę budowlaną.  W salonie do dziś stoi zdjęcie mamy, taty, córeczki i psa na tle apartamentu. Tak było dopóki firma nie zbankrutowała, pies nie wpadł pod kola samochodu, a my byliśmy zmuszeni przeprowadzić się do małego bloku. Od tego czasu miejsce zamieszkania zmieniałam 3 razy.
Nie mam rodzeństwa. Rodzice uznali, że jedno dziecko stanowczo im wystarczy. 

Ta historia zacznie się typowo, jak każda inna.